Kobieta z białym kubkiem w ręku, siedząca na krześle.

Słomiany zapał czy świadome odpuszczanie? Rzeczy, które przestałam robić [#072]

przez Monika Torkowska
Czas czytania: 22 min

Przyznać przed innymi, że z czegoś rezygnujemy bywa trudne. Ale czasem trudniej jest nawet przyznać się przed sobą, że chcemy coś odpuścić. Dzisiaj zapraszam Cię na odcinek, w którym opowiadam o rzeczach, które ja przestałam robić i na nieco filozoficzną rozkminę wokół konsekwencji, odpuszczania i rezygnowania.

Posłuchaj odcinka i zapisz się: Spotify | Apple Podcasts | Google Podcasts | YouTube | RSS | wszystkie platformy

Wymienione w tym odcinku

Warto sprawdzić

Podkast do czytania

W tym odcinku

Kiedyś miałam tak, że kiedy obserwowałam czyjeś poczynania w sieci i korzystałam z tych treści, które dana osoba produkowała, z tego czym się dzieliła i trafiałam na coś takiego, że ktoś rozpoczął jakąś serię wpisów, filmów albo podcastów i potem nagle gdzieś ten temat się urywał i było widać, że ta osoba już tego nie robi albo nie robi z taką regularnością jak zakładała, tylko treści zaczynają się pojawiać nieregularnie, a nie na przykład co tydzień jak na początku, to pojawiało się w mojej głowie rozczarowanie. Taka byłam nie do końca z tego zadowolona. Takie coś: miało być, a nie ma.

Sama nie tolerowałam zmian

Długo nie poddawałam tego głębszej refleksji, bo jest to schemat, z którym się spotykałam wielokrotnie. Z perspektywy czasu myślę, że to uczucie, to podejście, to myśli o tym, że te osoby już nie robią tego, z czego ja chciałam skorzystać – to pojawiało się w mojej głowie dlatego, że sama nie za bardzo tolerowałam w ogóle zmiany, odpuszczanie. Ja sama ich nie robiłam. Ja absolutnie nie byłam na nie kiedyś gotowa.

W pewnym sensie potrafiłam we własnej głowie rozliczać innych z tego, że owszem, oni odpuszczają, oni czasem z czegoś rezygnują, podejmują inną decyzję, zmieniają zdanie. To było bardzo oczyszczające, bardzo otrzeźwiające doświadczenie. Zdałam sobie sprawę, że dla mnie to jest duży temat.

Tutaj mi się przypomina rozmowa z Anią Ulanicką, z którą miałyśmy całą rozkminę o odpuszczaniu. Kiedy ona zaczęła u siebie w newsletterze na ten temat pisać, to dla mnie to było takie: WOW! Jeszcze w grę wchodziło rezygnowanie z projektów, które są dochodowe na rzecz takich, które są bardziej jej. Zapraszam Cię do tamtego odcinka, rozmawiamy o tym więcej.

Dzisiaj temat troszeczkę z innej strony ugryziemy i chcę się podzielić swoim doświadczeniem, swoimi przemyśleniami z ostatnich kilku miesięcy, bo draft tego podcastu… Musiałabym zerknąć, ale to jest spokojnie końcówka 2023 roku, gdzie zaczęłam sobie wypisywać takie przedsięwzięcia, które w pewnym sensie umarły śmiercią naturalną. To jest bardzo, bardzo dobre określenie, że umarły śmiercią naturalną, bo rezygnacja z nich wynikało bardzo z wewnątrz mnie.

Być może Ty tak odbierasz ten temat, podobnie jak ja – kiedy mówi się o tym, że masz słomiany zapał, co często mogą słyszeć dzieci od rodziców w dzieciństwie, które czymś się zainteresowały, grą na jakimś instrumencie, a potem to dziecko okazuje się, że nie do końca tą grę lubi albo są jakieś inne powody, dla których już nie chce grać – to może usłyszeć, że ma słomiany zapał.

Nie zawstydzajmy się

Mam silne poczucie, że w tym tekście jest taki element zawstydzania, a wstyd potrafi być bardzo silnym elementem kontroli. Ja jestem dużą przeciwniczką zawstydzania w ogóle ludzi. Dlatego tego określenia „słomiany zapał” bardzo nie lubię, bo w naszym języku mam wrażenie, że on obrósł trochę wstydem. Jak jeszcze do tego nałożymy mit konsekwencji w postaci: „powiedziałaś A, to trzeba powiedzieć B”, które często od dawien dawna ludzie słyszą. Przynajmniej ludzie z mojego otoczenia potrafili słyszeć. To robi się taka niemiła, emocjonalna grudka.

Oczywiście już po naszej stronie jako dorosłych ludzi, dojrzałych czy dojrzewających (bo to różnie bywa) jest to, co my z tą grudką robimy. Myślę sobie, że u podstaw takie zawstydzanie i takie trochę wypominanie komuś, że coś zaczął, a już tego nie robi – chyba to nie ma sensu, bo skąd mamy wiedzieć, że coś jest dla nas, jeśli tego nigdy nie spróbujemy? Można sobie teoretyzować, można sobie wizualizować jakby było – no można.

Można sobie wyobrażać, jak to jest usiąść przed mikrofonem i zacząć nagrywać swój podcast. Ale uwierz mi, bo sama sobie to wyobrażałam, zanim pierwszy raz usiadłam – jest to zupełnie inne doświadczenie niż faktycznie usiąść i zacząć mówić. Kosmicznie inne! Powiedzmy że masz 12 lat i do dwunastego roku życia nigdy jako takie dziecko nie znalazłaś się cała zanurzona w wodzie – nie wiesz jak to jest, kiedy ta woda Cię otacza. Sensorycznie nie masz takiego doświadczenia.

Podobnie jest z próbowaniem różnych rzeczy. Jest bardzo trudno wyobrażać sobie, jak to jest coś robić. Może nie do końca, że jest trudno, ale nie do końca to wyobrażenie się musi pokrywać z rzeczywistością. Tak naprawdę tym, co weryfikuje, czy coś jest dla nas, to jest sprawdzenie tego w praktyce. To najczęściej raczej nie jeden raz, tylko dać sobie trochę większą przestrzeń na eksperymenty, na testy, żeby doświadczyć tego.

Co ja przestałam robić?

Przywołam teraz kilka przykładów z tej mojej internetowej działki, bo wydaje mi się to może nienajciekawszym doświadczeniem, ale takie doświadczenie, które jest też widoczne dla innych i być może Ty też miałeś/miałaś taką myśl jak ja z początku tego podcastu, że o Torkowska coś robiła, a czegoś nie robi. Może tutaj potraktujemy to jako ciekawy przykład.

Z rzeczy, które przestałam robić – kiedyś nagrywałam na YouTube i na Instagrama cotygodniowe planowanie tygodnia ze mną. Ja to planowanie robiłam na plannerach dostępnych nadal na monikatorkowska.com/planery – to jest taki planer tygodniowy, przygotowany i zaprojektowany przeze mnie. To był taki czas, gdzie ja planowałam tylko na papierze, więc regularnie co tydzień rozpisywałam sobie te plany i nagrywałam to, jak ja to robię. Później nakładałam głos, w którym tłumaczyłam, co to robię. Całkiem sporo tych filmów wyszło z tego planowania.

Przyszedł taki moment, gdzie ja zaczęłam planować trochę inaczej, gdzie te moje działania bardziej przenosiłam na formę elektroniczną. To nie jest tak, że teraz planuję tylko w taki sposób, chociaż przyznaję, że owszem, przeważa forma elektroniczna, ale też lubię sobie sięgnąć po papier i nadal dokładnie ten układ, który jest w planerze jest absolutnie moim ulubionym, czyli cały tydzień na jednej stronie A4, układ godzinowy, dużo miejsca na planowanie, nie ma za dużo pierdół niepotrzebnych. Bardzo lubię taki układ nadal.

Na każdy dzień jest tyle samo miejsca. Bardzo często mnie denerwowało to, że sobota i niedziela to jest zwykle połowa miejsca. Rozumiem ideę, natomiast ja zwykle potrzebowałam, żeby to miejsce było równe. Nie podobało się mojemu mózgowi, że ta sobota i niedziela jest w innym układzie. Jeśli takiego planera szukasz, to jak najbardziej na monikatorkowska.com/planery – ten planer można sobie odebrać.

W pewnym momencie ja przestałam te filmy wrzucać, chociaż wiem, że było trochę osób, które lubiły ten moment, bo jakoś to ich motywowało. Być może wtedy też same planowały razem ze mną i sobie włączały – trudno mi powiedzieć.

Ale pamiętam, że miałam takie uczucie: kurde, tak co tydzień wrzucałam i teraz tak przestanę wrzucać? Teraz sobie myślę, że może mogłam pokazywać, w jaki sposób planuję w ten inny, w ten nowy sposób, ale chyba nie miałam ochoty na kombinację pod tytułem nagrywanie ekranu i coś jeszcze. Jakoś tak mi to nie do końca leżało.

A w przypadku planowania na papierowym planerze, to mogłam ustawić sobie telefon, widać było kawałek mnie, ale głównie ten planer i rękę, która leci sobie po tych poszczególnych dniach, jakoś to tak fajnie wyglądało i mi się podobało. Ale się skończyło, bo się zmieniło życie dookoła.

Miałam też taką koncepcję, żeby zapraszać osoby i podpytywać je o to, w jaki sposób one ogarniają swoją codzienność. Wymyśliłam sobie taką serię wywiadów, rozmów wideo na YouTube. Seria nosiła tytuł „Jak ogarnia…” i imię i nazwisko. Pojawił się jeden odcinek z Pauliną Gaworską-Gawryś na ten temat.

Dlaczego to zakończyłam?

Na tym jednym odcinku zakończyłam z różnych względów. Pierwszy wzgląd był taki, że okazało się, że takie spotkanie z kimś, umówienie się i przygotowanie się do takiej rozmowy – cóż, zajmuje więcej niż ja wtedy zakładałam i nie było to za bardzo dostosowane do moich ówczesnych możliwości czasowych. To była jedna rzecz.

Druga rzecz była taka, że żeby być w stanie zapraszać te osoby w takiej formie, w jakiej ja chciałam, to musiałam trafiać na takie osoby, gdzie ja coś o tym sposobie ogarniania tych osób wiem. W sensie, że one się czymś dzielą. Albo musiałam dobrze znać tę osobę i mieć z nią głębsze rozmowy, głębsze rozkminy, co też nie okazało się takie łatwe i takie szybkie. Chodzi mi o to, że nie było do końca dostosowane do moich możliwości. Nie chodzi o to, że to nie jest do zrobienia, tylko że przekraczało moje możliwości wtedy, bo ludzie dzielą się wycinkami z informacji o sobie. Ja musiałabym śledzić na bieżąco, co te osoby umieszczają, wyłapywać smaczki konkretnie związane z tym tematem. Nawet jeśli ktoś publikuje w zupełnie innym temacie.

Przestało mi się to kleić. Ta koncepcja, którą miałam wcześniej… No właśnie, po tym jednym odcinku zauważyłam, że to nie spełnia tej funkcji, którą ja chciałam. Ja chciałam, żeby to było z jednej strony coś inspiracyjnego, a z drugiej strony pokazującego taki obraz prawdziwy, czyli bez pudrowania, że wszystkim zawsze wszystko idzie jak z płatka, ale my tu będziemy pokazywać, że jest wręcz przeciwnie – nie, to nie była ta koncepcja i to mi nie do końca pasowało w ogóle jako seria.

Na przykład teraz w podcaście podpytywanie kogoś o takie wątki, kiedy rozmawiamy na jakiś jeden główny temat – to to już jest zupełnie inny wymiar, bo to już mi pasuje. Ogólnie rozmowa jest na jakiś węższy temat, ale da się zahaczyć o ten temat, bo on mnie nadal bardzo interesuje, jak inni ogarniają sobie jakieś rzeczy i jak to się dzieje, że sobie z czymś radzą?

Ja nadal bardzo chętnie dowiaduję się takich rzeczy, ale mogę je wpleść w zupełnie inną konwencję. W podcaście mam trochę szerszy zakres tematyczny – mogę zapytać o więcej rzeczy niż to, co ja sobie wtedy w głowie narzuciłam, wymyślając tą serię. Myślę, że ona nie była zbyt dobrze przemyślana, więc ja też straciłam takie poczucie sensu, że to nie robi jednak tego, co ja chciałam.

Inna rzecz, przy której też trochę straciłam poczucie sensu to jest mój drugi podcast „Bez cięć” – tam były dwie koncepcje. Pierwsza to była taka, żeby pewne wątki, którymi się dzielę w social mediach nie umykały. Ten temat ciągle do mnie wraca na przestrzeni lat. To była jedna rzecz związana z tym podcastem.

A drugi wątek czy drugi obszar, który chciałam sobie zaopiekować, to chciałam się nauczyć mówić lepiej, patrząc w kamerę bez cięć. Ten podcast był bez cięć. Miał być bardzo krótki, kilkuminutowe odcinki. Wypuściłam jeden sezon, bodajże 12 odcinków. Można je nadal sobie odsłuchać, znaleźć pod nazwą „Bez cięć”. Oczywiście linki do tych wszystkich rzeczy będą w opisie odcinka.

To też mi się nie do końca sprawdziło. O ile samo nagranie tych odcinków potrafiłam sobie usprawnić, tak już późniejsza obsługa i wrzucanie – nie miałam wówczas i nadal nie mam współpracy z kimś od wirtualnej asysty – okazało się, że jednak troszeczkę zajmuje. To po pierwsze. A po drugie – nie miałam poczucie, że znowu spełnia taką fajną funkcję, jak spełnia mi ten podcast.

Znów siadło poczucie sensu

Znów tutaj trochę siadło to poczucie sensu. To jest w sumie taki obszar, który się często przewija. Jeszcze do niego wrócę za chwilę. Jest jeszcze jedna rzecz, którą odpuściłam – przynajmniej z tych, z których pamiętam. Dobra, będzie więcej.

Ale to już by ten podcast zajął milion czasu. [śmiech] Pozostanę przy tych, które miałam dobrze przemyślane w głowie – w ogóle nagrywanie filmów na YouTube. Chodzi o nagranie podcastu, gdzie w tle jest wizualizacja dźwięku, a nie ma mnie gadającej, nie ma mnie z video. Miałam taką przymiarkę do nagrywania filmów na YouTube kilka lat temu. Powstały chyba ze 2-3 filmy. W tym przypadku odbiłam się od ponownie możliwości czasowych.

Tak, ja doskonalę zdaję sobie sprawę, że kiedy robi się coś pierwszy raz, czy kiedy dopiero zaczynamy, to my robimy to wolniej. Jak porównam sobie początki podcastu a początki nagrywania filmów na YouTube – to był zupełnie inny poziom inwestycji czasowej, którą ja musiałam ponieść oczywiście na rzecz podcastu. Podcast nagrywało mi się dużo szybciej.

Samo przygotowanie się do tego wszystkiego i samo mówienie bez kamery, niemyślenie o scenach, chociaż tak, wiem, że można po prostu gadającą głowę nagrać, jak się opowiada o podcaście i być może kiedyś tak będzie, a nie w tym momencie, to okazało się, że to nagrywanie filmów na YouTube jest po prostu zbyt czasochłonne i nie robi tego efektu, o który mi by wówczas chodziło.

Słomiany zapał a świadome odpuszczanie

Podając Ci te przykłady, chcę nawiązać do różnicy między tym tzw. słomianym zapałem a świadomym odpuszczaniem. Świadome odpuszczanie jest z mojej perspektywy przemyślaną decyzją. Tu nie chodzi o to, że siedziałam i kminiłam tydzień, czy z czegoś zrezygnować czy nie, czy coś robić dalej czy nie, tylko że ja się ostatecznie dosyć szybko miałam z tą decyzją okej, bo wiedziałam, że jest dla mnie dobra.

Słomiany zapał jest czymś takim, co mam wrażenie – źródło ma trochę bardziej z zewnątrz. Czyli że my zaczęliśmy coś robić, bo ktoś zaczął coś robić i jednak dosyć szybko dochodzimy do wniosku, że nie będę tego robić. To też może być świadomym odpuszczaniem, jeśli ja przemyślę coś i wtedy z tego zrezygnuję.

Nawet jeśli wcześniej decyzja o tym, żeby zacząć była trochę mniej przemyślana, była może bardziej impulsywna, była w wyniku inspiracji kimś. To też nie szłabym w tym kierunku, żeby zupełnie negować przed sobą takie podejście, działanie w takich zrywach, bo i z nich może wyjść coś dobrego i może być tak, że testując w ten sposób, czyli inspirując się innymi i biorę na warsztat co leci – z tego też mogą wyjść dobre rzeczy.

Mam poczucie, że brakuje takiego kontekstu, w którym idealnie to określenie „słomiany zapał” by pasowało, bo tam zawsze coś w tle jest. Jeśli często coś zmieniasz i to ci przeszkadza, że zmieniasz – to jest bardzo ważna rzecz, bo można często zmieniać rzeczy, odpuszczać i może nam to zupełnie nie przeszkadzać, to można się pochylić, z czego te zmiany wynikają.

Czy to jest brak poczucia sensu, o którym już kilkukrotnie tutaj mówiłam przy okazji tych moich przykładów? Czyli że coś miało pełnić w moim życiu jakąś funkcję, chciałam osiągnąć jakiś efekt, ale jednak coś zgrzyta, nie do końca spełnia swoją rolę i nie czuję, że to już jest takie moje. Jak człowiek nie ma poczucia sensu, to robienie czegoś jest jak orka na ugorze.

Może też jest tak, że ta rzecz jest niedostosowana do Twojego obecnego życia. To wtedy nie ma co się czepiać takich rezygnacji – mamy naprawdę różne momenty w życiu, różne dostępne zasoby. Też, a może przede wszystkim czasowe. Tak, ja wiem, doba ma 24 godziny, bla bla, natomiast dystrybucja tego czasu pomiędzy różne obowiązki bywa różna. Tak, często te obowiązki wynikają z naszych wyborów, ale nie zawsze. To wtedy nie ma co się czepiać. Jak najbardziej uważam, że odpuszczanie ma sens.

Kiedy może nie mieć sensu, to jak spojrzysz na te rzeczy, które odpuściłeś/odpuściłaś i zaczniesz im się lepiej przyglądać – może być tak, że znajdziesz jakiś wspólny mianownik tych zmian, tych rezygnacji. Być może w każdym przypadku pojawiała się jakaś przeszkoda Twoja wewnętrzna, chociaż może być jakaś zewnętrzna, która była stałym schematem.

Powiedzmy że było ileś podejść do tego, żeby zacząć robić coś dodatkowego w sieci, wyjść z jakimś swoim tematem, patrz – blog, swoje social media otworzyć, nagrywać filmy na YouTube, zacząć nagrywać podcast, cokolwiek i już kilka takich rozkmin było, może nawet jakichś prób, ale od czegoś za każdym razem się człowiek odbił.

Może być tak, że poza tymi możliwościami czasowymi – był jakiś jeden element związany z Tobą, który Ciebie hamował przed tym, żeby to zrobić. Dlatego lepszą opcją była rezygnacja. To może być na przykład lęk przed krytyką, lęk przed wystawieniem siebie na publiczną ekspozycję. Chociaż na początku raczej mówimy o małej skali, ale mimo wszystko.

Jeśli chcesz się dzielić swoją ekspertyzą, to może nawet nie myślisz o sobie w kategorii, że ja tu mam jakąś ekspertyzę w czymkolwiek, bo syndrom oszusta wali w dzwon głośno i z czym do ludzi? Przecież ja nic nie wiem.

Tych mechanizmów, przekonań, myśli w tle, które będą nas sabotowały i w związku z tym prowadziły nie do świadomego odpuszczania, ale bardziej do rezygnacji może być naprawdę dużo. Warto przyjrzeć się wstecz tym rzeczom, które odpadły, jeśli takie masz, czy tam nie ma jakiegoś wspólnego mianownika, jakiejś wspólnej myśli, która za każdym razem się pojawiała w głowie i w konsekwencji prowadziła do czegoś takiego.

Inną rzeczą jest to, że być może towarzyszy ci ADHD i wtedy temat odpuszczania, rezygnacji, słomianego zapału nabiera zupełnie innego odcienia, bo chęć zmiany będzie napędzana bardziej neurobiologią mózgu. Wtedy można, a właściwie warto – nie chcę powiedzieć, że trzeba – zupełnie inaczej podejść do tego tematu. Jeśli chcecie, żebym weszła w to głębiej, to możecie dać mi znać na maila kontakt@monikatorkowska.com czy w komentarzu pod tym odcinkiem, bo na Spotify i YouTube można dodawać komentarze. Dajcie znać, czy to jest coś interesującego.

Czy zawsze trzeba powiedzieć B?

Teraz od trochę innej strony – analizowałam to, na co warto zwrócić uwagę, kiedy faktycznie często człowiek coś odpuszcza, ale mu to przeszkadza. A teraz trochę inny temat, czyli kiedy nie umiemy jednak przestać. Poza tym, że jest mit konsekwencji, czyli jest to społecznie narzucone coś, że powiedziałaś A, ale trzeba powiedzieć B – o tym miałam cały odcinek podcastu.

Bardzo często kiedy przychodzi nam do głowy, żeby z czegoś zrezygnować, wpadamy w pułapkę utopionych kosztów. Czyli jak już tyle zainwestowałam czasu, pieniędzy w coś, to nie będę z tego rezygnować. Straszna rzecz!

A jeszcze inną rzeczą jest lęk czy dyskomfort związany z tym, co powiedzą inni ludzie. To jest coś tym bardziej odczuwalnego, im bardziej publiczne i widoczne na zewnątrz jest to, co robisz. Czyli jak przestaniesz uprawiać jakiś sport, a w sumie wiesz o tym tylko ty i twoja najlepsza kumpela, to ryzyko jest mniejsze, że ktoś ci przyjdzie i zrobi jakiś przytyk.

Ale jeśli cała twoja rodzina wie, że jesteś na nowych studiach, za które w dodatku bulisz hajs, ale już przez 2 lata na tych studiach jesteś i dochodzisz do wniosku, że te studia ci kompletnie nie leżą – to może być dużo trudniej z tych studiów zrezygnować. Jak się widzisz z tymi ludźmi, to oni cię będą pytać o to, jak jest na tych studiach – tutaj ta ekspozycja jest dużo większa.

Chciałabym tak, żeby w rodzinach zawsze było tak i w kręgach znajomych, że ludzie siebie wspierają i darzą siebie wyrozumiałością, ale wiem, że nie zawsze tak jest. Czy podam na to złotą receptę to nie – faktem jest, że rodzina, bliscy i w ogóle inni ludzie za nas życia nie przeżyją. Pytanie: na ile jesteśmy w stanie tę gorzką pigułkę cudzego niezadowolenia przełknąć? Czy wolimy przełknąć własną stratę energii i kawałka życia?

Odpowiedź może być niejednoznaczna. Dla mnie kiedyś taka była. Teraz już patrzę na to trochę inaczej. Chyba jednak wolę połykać te gorzkie pigułki i odzyskiwać trochę siebie. Filozoficzny na temat na inny odcinek.

A poza rodziną, jak chcesz coś tworzyć w sieci – nam się wydaje podświadomie, może czasem nawet świadomie o tym pomyślimy, że ludzie wszystko pamiętają co robimy i na wszystko zwracają uwagę. Ludzie są dużo mniej skupieni na naszym życiu niż nam się wydaje. Ludzie są przede wszystkim skupieni na swoim życiu. To jest dobra wiadomość i zdrowa wiadomość, bo fiksować się na tym, co ktoś robi i co do joty kogoś rozliczać z każdej rzeczy – brzmi mi to ślisko, nie wiem czy Tobie też.

Inni ludzie nie są tak skupieni na naszym życiu

Warto sobie uświadomić, że jeśli człowiek się blokuje przed tym, żeby coś zmienić, z czegoś zrezygnować, to być może warto mieć w głowie to, że to my to wszystko tak wyraźnie widzimy, to my to wszystko tak pamiętamy. Inni ludzie nie są aż tak skupieni na naszym życiu jakby się mogło w pierwszym momencie nam wydawać.

To jest wiadomość, którą bym chciała wysłać sobie sprzed kilku lat pewnie, bo wydawało mi się, że kiedyś inni trochę bardziej na to patrzą. Myślę, że tak nie jest. Być może Ty teraz masz w swoim życiu coś, z czym nie jest Ci już po drodze albo zastanawiasz się w ogóle nad tym – bardzo trudno jest w przypadku takiego odpuszczania przyjąć jedynie twarde mierniki, oparte na danych typu kasa.

Można oczywiście takie mierniki przyjmować, jeśli robi się jakieś projekty, za którymi stoją pieniądze – życie nie składa się tylko z takich rzeczy. Często rezygnujemy z rzeczy, które nie są jakoś super mocno związane z zarabianiem pieniędzy, chociaż oczywiście też. Mam poczucie, że te mierniki nie są wystarczające i czasami potrafią zaburzyć obraz tego, czy my coś faktycznie chcemy i czy my coś powinniśmy robić.

Łatwo sobie liczbami odsunąć dalej tę chęć. Coś, co płynie z naszego serca. Jeśli masz coś takiego, że zastanawiasz się nad tym, czy odpuścisz, czy iść w to coś dalej, to warto się zastanowić, jakie emocje się z tą rzeczą wiążą. Czy chodzi ci konkretnie o tę rzecz, o ten projekt? Czy może coś powiązanego z nim? Tak jak mówiłam o przekonaniach, o syndromie oszusta, o innych myślach, które są w tle, ale Ciebie hamują.

O mojej presji wewnętrznej

Świetnym przykładem tutaj będzie presja wewnętrzna, o której opowiadałam w jednym z ostatnich moich odcinków na temat 10 błędów, wyzwań, trudności, które napotkałam podczas tworzenia swojego pierwszego kursu online, a właściwie pierwszych dwóch. Jednym z nich była silna presja wewnętrzna, kiedy pracowałam nad materiałami związanymi z Akademią Skupienia.

To jest idealny przykład na to, że gdybym rozważała jednak rzucenie Akademii Skupienia w cholerę, niezajmowanie się tymi materiałami i zwrot ludziom kasy, to to by wynikało z mojej nieumiejętności radzenia sobie z presją wewnętrzną. A nie wynikałoby z tego, że ja nie powinnam tego projektu robić, bo ja go czułam całą sobą. Za każdym razem, kiedy myślałam o tym, jakie ktoś może mieć fantastyczne efekty, to micha mi się cieszyła. Tylko presja wewnętrzna była czymś trudnym.

Czymś co potencjalnie, gdybym ja nie zdawała sobie już później sprawy, gdybym nie miała przemyślanego tego projektu od strony co ja pragnę, jaką mam wizję, co chcę tym projektem wnieść do świata – jakkolwiek to patetycznie to brzmi, ale dokładnie tak ja o Akademii Skupienia myślę – to być może Monika 5, 8, 10 lat chciałaby z tego projektu zrezygnować. Bardzo dobry przykład.

Tak, uważam, że warto rozważać chęć odpuszczania albo pozostawania w czymś. Z czego to wynika tak dosyć mocno emocjonalnie, mentalnie, bo wizja jest taka bardziej mentalna, chociaż z emocjami też się wiąże. Mam taką myśl, że gdyby głębiej się zastanowić, to tak naprawdę elementem bycia osobą konsekwentną jest też eksperymentowanie.

A za eksperymentowaniem idzie decyzja, czy w czymś zostaje czy nie i szukanie tej swojej drogi, jak osiągnąć jakiś efekt, jak do czegoś dojść, a niekoniecznie przyklejanie się do jednego tematu czy do jednego sposobu na osiągnięcie tej jakiejś rzeczy. No chyba że nam to podpasuje.

Mam poczucie, że spojrzenie na temat konsekwencji i odpuszczania – od tej strony wprowadza nieco powietrza, większego luzu i daje trochę więcej przestrzeni i przyzwolenia sobie na to, że kurde, jednak to eksperymentowanie i te zmiany być może jednak mają sens. Dziękuję Ci za dziś, a my słyszymy się już za 2 tygodnie!


Podobał Ci się odcinek?

SPRAWDŹ NEWSLETTER
Darmowe listy o produktywności bez spiny i organizacji życia w praktyce. Bezpośrednio na Twoją skrzynkę e-mail.

Zdjęcie: Alphacolor


Przeczytaj też

Zostaw komentarz

Strona wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Ok, lubię ciasteczka Czytaj więcej